
Niemal anegdotycznie zaczął przekręcać całe zdania. My mówimy: “mleko już gotowe”, a on pyta: “co? idziemy na rower?”.
Kiedy stał odwrócony przestał zwracać głowę w stronę źródła dochodzącego dźwięku. To był sygnał, który jeszcze bardziej nas zaniepokoił. Zaczęliśmy się domyślać, że dzieje się coś złego z jego słuchem. Wykonaliśmy prosty test, czyli mówiliśmy do niego proste, znane wyrazy typu: kotek, piesek, lampa, tak, żeby nie widział naszej buzi. Mówiliśmy szeptem, potem nieco głośniej. Stawało się powoli jasne, że nasz syn na poważny problem ze słuchem. Wizyta u pediatry, a potem u laryngologa zaowocowała diagnozą: płyn w uszach, który powoduje w tym przypadku znaczny niedosłuch.
Procedura leczenia jeszcze trochę potrwa. Ale już widzimy, że odkąd zaczęliśmy mówić bezpośrednio do uch naszego syna, wyraźnie i dosyć głośno wrócił nasz uśmiechnięty aniołek.
Wnioski jakie wyciągnęliśmy z tej lekcji jako rodzice to: dokładniej i dogłębniej przyglądać się przyczynom, a nie tylko skutkom. Nasz przypadek nie jest oczywiście regułą i jedynym wytłumaczeniem zmiany zachowania dziecka, może być jednak wskazówką dla rodziców, by i tu szukać przyczyny.

Jakbym czytał o własnym dziecku, my też już to przechodziliśmy. Tylko niestety nie zorientowaliśmy się tak szybko. Wszystko trwało ponad rok.
Możliwość komentowania została wyłączona.