Ostatnio mój grzeczny 4,5 letni synek zamienił się w istnego diabełka. Rozkapryszony, rozkrzyczany… pomyślałam „to nie jest mój syn”. Wraz z mężem zaczęliśmy zastanawiać się co takiego wydarzyło się, że w tak krótkim czasie chłopak przeszedł istną metamorfozę. Może pobyt u babci – w końcu dziadkowie są od „rozpuszczania”, …ale żeby doprowadzić aż do takiego stanu krnąbrności, że nie reaguje kompletnie na polecenia moje i męża. Nawet wspólna zabawa stała się irytująca, on robił swoje, kompletnie nie zwracając uwagi na sugestie, żeby może zrobił coś w inny sposób. My swoje, on swoje. Dziecko mówiło do nas coraz głośniej, wręcz krzyczało.
Niemal anegdotycznie zaczął przekręcać całe zdania. My mówimy: „mleko już gotowe”, a on pyta: „co? idziemy na rower?”.
Kiedy stał odwrócony przestał zwracać głowę w stronę źródła dochodzącego dźwięku. To był sygnał, który jeszcze bardziej nas zaniepokoił. Zaczęliśmy się domyślać, że dzieje się coś złego z jego słuchem. Wykonaliśmy prosty test, czyli mówiliśmy do niego proste, znane wyrazy typu: kotek, piesek, lampa, tak, żeby nie widział naszej buzi. Mówiliśmy szeptem, potem nieco głośniej. Stawało się powoli jasne, że nasz syn na poważny problem ze słuchem. Wizyta u pediatry, a potem u laryngologa zaowocowała diagnozą: płyn w uszach, który powoduje w tym przypadku znaczny niedosłuch.
Procedura leczenia jeszcze trochę potrwa. Ale już widzimy, że odkąd zaczęliśmy mówić bezpośrednio do uch naszego syna, wyraźnie i dosyć głośno wrócił nasz uśmiechnięty aniołek.
Wnioski jakie wyciągnęliśmy z tej lekcji jako rodzice to: dokładniej i dogłębniej przyglądać się przyczynom, a nie tylko skutkom. Nasz przypadek nie jest oczywiście regułą i jedynym wytłumaczeniem zmiany zachowania dziecka, może być jednak wskazówką dla rodziców, by i tu szukać przyczyny.